|
|
Janina
Porazińska
Szewczyk
Dratewka
Żył sobie raz szewczyk
Dratewka. Biedak był z niego a biedak! Aby liche odzienie na grzbiecie,
aby
podarte skórzniaki na nogach, aby torba, a w niej kromka
chleba — cały to był
jego majątek.
Od wsi do wsi wędrował i stare obuwie łatał.
Szedł raz Dratewka wielkim lasem, zobaczył pod sosną rozrzucone
mrowisko. Musi
niedźwiedź, który na wiosnę rad mrówcze jaja
wyjada, taką im psotę uczynił.
Biedne mrówki biegały na wszystkie strony, znosiły po
ziarnku piasku, po igiełce
sosnowej i mrowisko na nowo narządzały.
Użalił się nad nimi Dratewka, zdjął z głowy czapkę i jako
mógł — to rozrzucone
mrowisko na jedną kupę czapką zgarnął.
Wtedy na wierzchołek mrowiska wyszła mrówcowa matka i
powiedziała:
— Dziękuję ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w
potrzebie, to przyjdziemy
ci z pomocą.
Uśmiechnął się szewczyk, bo jakąż pomoc mogłyby mu dać nędzne
mrówki, pokłonił
się im i poszedł w dalszą drogę.
Minęło dni mało-wiele. Szedł znów Dratewka puszczą zieloną,
puszczy szumiącą i
znów zobaczył wielką krzywdę.
W dziupli starej sosny była barć i ktoś tę barć zniszczył. Plastry
wosku leżały
na ziemi, miód ściekał po drzewie.
Musi i tutaj niedźwiedź gospodarował.
Zaczął Dratewka pszczołom pomagać. Pownosił plastry na drzewo i w
dziupli je
umocował, woskiem otwór oblepił, miód ciekący
zatamował.
Wyszła na brzeg barci pszczela królowa i powiedziała:
— Dziękujemy ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w
potrzebie, to przyjdę ci
z pomocą.
Znów się Dratewka aby uśmiechnął, pokłonił się pszczołom i
poszedł dalej.
Minęło dni mało-wiele. Szedł raz Dratewka długą groblą między wielkimi
stawami.
Po stawach pływały dzikie kaczki. Jak Dratewkę zobaczyły, wielkim
głosem
zakwakały, po trzcinach się pochowały. Wiedziały dzikie kaczki, że po
grobli
myśliwi chodzą, do kaczek mierzą, bystre strzały na nie z
łuków wypuszczają.
Stanął szewczyk na grobli i zawołał:
— Nie bójcie się, cyraneczki. Nie chcę do was
mierzyć, a chcę się waszą urodą
ucieszyć. Nie chcę was zabijać, a chcę was chlebem uczęstować!
I zaczął chleb kruszyć i do wody go wrzucać.
Wypłynęły kaczki z trzciny, wszystkie okruchy z wody wyzbierały i
bardzo się
tej smakowitości dziwiły, bo nigdy jeszcze chleba nie jadły.
Aż najstarszy kaczor, piękny, z modrym lusterkiem na skrzydłach
powiada:
— Dziękujemy ci, dobry człowieku, żeś nie przyszedł nas
mordować, aleś
przyszedł nas uczęstować. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to
przybędziemy ci z
pomocą.
Uśmiechnął się Dratewka, pomyślał:
"Jakąż ja mogę mieć z was pomoc? Przyszwy za mnie nie przyszyjecie,
obcaska za mnie nie przybijecie".
Ale ładnie, pięknie im się ukłonił i poszedł dalej.
Idzie, idzie... aż zaszedł do takiej krainy, gdzie był zamek, a przy
zamku
wieża, a w tej wieży zamknięta była panna, a tej panny pilnowała
czarownica.
Koło zamku ludzie stoją i tak
sobie rozmawiają:
— Kto
by się z tą panną ożenił, toby ją z niewoli czarownicy wybawił.
— Ale
tylko ten się z nią może ożenić, km dwie roboty odrobi i zagadkę
odgadnie.
— To
może ja bym spróbował — mówi Dratewka.
— Nie
wyrywaj się, głupi! Życie ci niemiłe czy co? Kto pójdzie na
ochotnika, a
nie zrobi, to temu czarownica głowę urywa.
A Dratewka
swoje:
— Ale
może ja bym spróbował.
— Nie
tacy, jak ty, tu próbowali. Rycerze przyjeżdżali i
królewicze, i
książęta. Nikt nie potrafił tych robót zrobić, tej zagadki
odgadnąć. Nikomu
czarownica nie darowała, wszystkim pourywała głowy!
Ale Dratewka
swoje:
— A
ja pójdę i spróbuję.
I szewczyk
zastukał do bramy zamku.
Wyszła zaraz
czarownica i pyta się:
Czyś ty
człowiek? Czyś ty zwierz?
Czemu pukasz?
Czego chcesz?
—
Chcę się z tą panną, co siedzi na wieży, ożenić.
Jak zrobisz
niedługo
robotę pierwszą
i drugą,
a potem składnie
zagadkę
odgadniesz,
to się ożenisz.
—
Ano, popróbuję — mówi Dratewka.
Tak czarownica
wpuściła go na zamek, zaprowadziła do komnaty, co się na
siedmioro drzwi zamykała, co w oknie żelazną kratę miała, i powiada:
Masz tu piasku
z makiem korzec.
Przebierz,
zanim błysną zorze.
Jak nie zrobisz
do poranku,
to ci, panku,
urwę głowę, i
gotowe!
I czarownica
wyszła, i szewczyka w komnacie na siedmioro drzwi zamknęła. Siedzi
Dratewka, w głowę się drapie i myśli:
"Tylachny
wór przebrać! Piasek osobno... mak osobno... Toż tu roboty
jest
na rok, od wiosny do wiosny, a ona mi każe do świtania to zrobić! Oj,
źle z tobą,
Dratewka, źle!"
Wtem słyszy...
za oknem po ścianie coś szura. Nabliża się ten szmer od okna,
nabliża... i przez żelazną kratę zaczynają do izby wbiegać
mrówki. Tysiące i
tysiące... mnogość nieprzeliczona!
Skoczył
Dratewka, mak z piaskiem z wora na podłogę wysypał. A
mrówki, jak sil
do roboty wzięły, jak zaczęły zwijać się, a jedna drugą poganiać, a
ziarenka
nosić mak na prawo, piasek na lewo... Do północka wszystko
przebrały.
Znó
w po ścianie
zaszurało... Mrówki przez kratę przelazły i w las poszły.
Ucieszył
się Dratewka, pusty worek zwinął, pod głowę go sobie podłożył i zasnął.
O
pierwszej zorzy czarownica siedmioro drzwi odmyka i już cieszy się, że
i temu
zalotnikowi głowę urwie. Wchodzi i widzi: mak na jednej kupce, piasek
na
drugiej, a szewczyk na ziemi siedzi i przeciąga się, bo się doskonale
wyspał.
Wielce się
czarownica zdumiała, ale nie daje o tym poznaki po sobie, tylko
powiada:
Dzisiaj to masz
do roboty:
miała panna
kluczyk złoty
i jak poszła do
kąpieli,
upuściła go w
topieli.
Uwiń mi się
składnie
i znajdź
kluczyk na dnie.
Jak nie
znajdziesz do poranku,
to ci, panku,
urwę głowę, i gotowe!
Poszedł
Dratewka nad stawy. Stanął na grobli i zadumał się głębokim zadumaniem,
i zafrasował się wielkim zafrasowaniem.
Jakże mu ten
kluczyk znaleźć? Czy to wie, gdzie go panna upuściła? W
którym
stawie się kąpała? Czy wie, jakie tam w wodzie głębiny przepastliwe?
Jakie tam
w wodzie wiry zdradliwe?
Stoi, duma,
sumuje...
Aż tu wypływa z
trzciny kaczor i pyta:
—
Czego ci potrzeba, znajomku nasz, dobry człowieku?
—
Trzeba mi znaleźć złoty kluczyk, co go panna w kąpieli zgubiła. Jak
kluczyka
do poranku nie znajdę, to mi czarownica głowę urwie.
— Nie
frasuj się, dobry człowieku. Wszystkie cyranki będą nurkowały,
wszystkie
rybki będą szukały — kluczyk ci przyniesiemy.
Zaszurały
trzciny, cyranki wypłynęły na staw. Zaburzyła się woda, rybki poszły
na głębinę.
Minęło czasu
mało-wiele, znalazła rybka kluczyk na dnie. Jak go znalazła, to go
oddała kaczce, a kaczka oddała go kaczorowi, a kaczor
wyniósł go na brzeg i
powiada:
— Już
się nie frasuj, dobry człowieku. Jużeśmy złoty kluczyk znaleźli.
Dratewka
kluczyk chwycił, kaczorowi podziękował i do czarownicy pogonił. Wielce
się czarownica zdumiała, ale nie daje o tym poznaki po sobie, tylko
powiada:
Dzisiaj to masz
do roboty:
Złoty kluczyk,
złote drzwi,
czy ja zginę,
czy li ty?
I kazała
Dratewce iść za sobą.
Przeszli
siedemset siedemdziesiąt siedem schodów i stanęli na
szczycie wieży.
Czarownie złotym kluczem złote drzwi otworzyła i weszli do komnaty. A w
tej komnacie
na ławie siedzi dziewięć panien. Wszystkie są jednakowo biało ubrane i
wszystkie mają płócienne zasłony na głowach.
A czarownica
powiada:
A teraz jest
trzecia próba.
Albo gody, albo
zguba.
Za chwileczkę
już świtanie,
za chwileczkę
ranek wstanie.
Musisz zgadnąć
jak należy,
która
z nich jest panną z wieży.
Jak nie
zgadniesz
do poranku,
to ci, panku,
urwę głowę,
i gotowe!
Przygląda się
Dratewka pannom, przygląda, która z nich jest inna,
która może
być panną uwięzioną, ale one wszystkie jednakowiuteńkie, jako te białe
gąski na
łące. Jak tu poznać? Jak tu zgadnąć?
Myśli szewczyk:
"Teraz to już
przyjdzie mi zginąć".
A wtem przez
otwarte okno złote pszczoły wleciały, izbę okrążyły. A potem nad
ostatnią w rzędzie panną zatrzymały się, złotą i szumiącą obręczą nad
jej głową
zawisły.
— Ta
ci jest! — zawołał Dratewka.
I do ostatniej
panny podbiegł.
Panna się
zerwała, zasłonę odrzuciła i szewczyka obłapiła za szyję.
— O
mój ty najmilszy! Z niewoli mnie wybawiłeś!
Jak to
czarownica zobaczyła, raz-dwa-trzy! przemieniła się w jakieś ptaszysko,
skrzydłami załopotała, przez okno w świat daleki poszła.
I tyle ją
widzieli.
A Dratewka z
panną z wieży zaraz huczne wesele wyprawili i w czarownicy zamku
zamieszkali.
Żyją tam
szczęśliwie do dziś dnia.
|
|